Boliwia – Oczy kajmanów

Po około czterech godzinach jazdy jeepem dotarliśmy nareszcie do naszej rzeki. Rio Yacuma leniwie toczyła swoje brązowe, gliniaste wody pomiędzy terenami dzikich pastwisk, którym zdecydowanie zawdzięczała swoja barwę w tym miejscu. Rio Beni – Rzeka Wiatrów w lokalnym języku Tacana – w okolicach Rurrenabaque czy Parku Narodowego Madidi, ma zupełnie inny kolor i znacznie bystrzejszy nurt, który pamięta jeszcze swoje andyjskie początki. Statystycznie rzecz biorąc, średnia głębokość tej rzeki to 9 metrów. Tu – nawet w porze deszczowej –  nieosiągalna.
W porze suchej  na Rio Yacuma zdarza się, że łodzie – wąskie, drewniane lanchas –
napędzane doczepianym z tyłu silnikiem, wpadają na mieliznę. Kiedyś znajomy indiański przewodnik opowiadał mi historię (raczej nie zmyśloną, gdyż była to historia wówczas sprzed zaledwie dwóch dni –  i chłopak jeszcze nie mógł opanować emocji), jak to wyskoczył do rzeki, żeby zepchnąć łódź z mielizny i wylądował na… grzbiecie aligatora. Zakotłowało się, ale widocznie aligator też był w szoku, bo chłopak zdążył wylądować z powrotem w łodzi, zanim dotarło do niego, co właściwie się stało. Rio Beni – rzeka z dorzecza amazonki, pełna jest życia i biologicznej różnorodności. W tej części swojego biegu dostarcza wrażeń widokiem licznych aligatorów, kajmanów, leniwych kapibar (największy gryzoń świata), niezliczonych gatunków ptactwa oraz – przy odrobinie szczęścia – różowych delfinów. Te ostatnie są podobno tak terytorialnymi zwierzakami, że ani aligatory, a ni piranie, ani żadna inna konkurencja nie śmie grasować w ich rewirze. Tak więc, jak mówia indianie, tam gdzie są delfiny, w rzece można pływać. O rzecznych delfinach krąży wiele legend, liczne plemiona wzdłuż i wszerz dorzecza Amazonki uważały je za zwierzęta magiczne, a młodym dziewczynom babki opowiadały ku przestrodze historię o różowym delfinie zamieniającym się o zmroku w przystojnego rybaka – uwodziciela.
Rzeka płynie w kierunku granicy z Brazylią i tu ma do pokonania jeszcze około 500 kilometrów przez pampę – tereny częściowo porośnięte przez dżunglę, okresowo zalewane przez jej wody, występujące z brzegów. Tereny te zostały częściowo wylesione i zamienione na pastwiska dla wielotysiącznych stad bydła. Podobno zdarza się nawet, że krowy nie respektują granicy państwa i nieodwołąlnie zmieniają obywatelstwo na brazylijskie. Stąd stała się rzeka także szlakiem komunikacyjnym, którym stosunkowo szybko można się przedostać od rancza do rancza.
Na jednym z takich rancz wypadł nasz nocleg. Ludzie, zmęczeni po dniu pełnym wrażeń, szybko padli pod moskitiery. Jeden z moich indiańskich przewodników przyszedł do mnie tuż przed zachodem słońca: „Zamierzasz już iść spać?” „Nie, a co?” „Jeden z naszych znajomych, też przewodnik, ma dziś urodziny i obchodzi je w nadrzecznym barze. Płyniesz z nami?” „Pewnie, że tak.” Jedno z ranch pełni rolę baru i hoteliku dla turystów, a prowadzi go pewne przesympatyczne małżeństwo.
Zmierzchało, kiedy spychaliśmy łódź na rzekę. Pod koronami drzew panowały już całkowite ciemności. Juan leżał na dnie łodzi i śpiewał pod nosem, drugi indianin sterował ze wzrokiem utkwionyum w rzekę. „Zapal reflektor.” Zapaliłam. I wtedy wszystko nagle rozbłysło tysiącami pomarańczowych światełek. Ich skupiska ciągnęly się wzdłużcałego brzegu, a często lśniły tez na środku rzeki niedaleko burty łodzi, znikając tylko kiedy byliśmy naprawdę blisko. Istna iluminacja. „To oczy kajmanów i aligatorów – zawsze świecą się na pomarańczowo.” Lawirowaliśmy w ciemnościach wśród pni zwalonych drzew i zwisających gałęzi, czasem poderwała się biala czapla, to znowu zerwała się z wody tłusta kapibara i zadziwiającą prędkością dała susa na stromy brzeg, szybko znikając w czarnym gąszczu. Nad rzeką pojawił się drewnianhy mostek. „Jesteśmy.” Wyciągnęliśmy łódź na brzeg i wspięliśmy się po błotnistej, skarpie. Na szczycie stało rancho. Weszliśmy do drewnianej, przestronnej sali, w której prawie nie było mebli, za to w zdłuz i w poprzek, gdzie tylko się dało, porozwieszane były hamaki. Na tych hamakach leżeli klasyczni kowboje, większość w skorzanych kapeluszach, które niektorzy mieli naciagniete aż na same nosy. Jeden grał na gitarze. Na środku na podłodze siedzial solenizant z grupą znajomych i polewał wszystkim po kolei Amarulę ze stojecej obok niego butelki. Od tej pory zawsze ten afrykański trunek mial mi się kojarzyć z tym miejscem i magią nocy na boliwijskiej pampie. Gitara krążyła z rąk do rąk, przerobiliśmy spory kawałek repertuaru boliwijskiego, meksykańskiego, argentyńskiego, a nawet kawałek polskiego, bo towarzystwo uparło się, że koniecznie mam im zagrać jakąś polską piosenkę. Tylko skąd wiedzieli, że zdarza mi się w ogóle brać gitarę do ręki? Dopiero po chwili zorientowałam się, że za mną siedzi uchachany Juan i machając mi palcem nad głową mówi bezgłośnie”Teraz ona, teraz ona.” Dopiero, kiedy moi indianie zaczęli niebezpiecznie przysypiać, pociągnęłam ich za rękawy i zarządziłam powrót na nasze rancho. Kiedy dwa dni później płynęliśmy w górę rzeki i mijaliśmy ten miejscowy bar, gospodarze byli akurat na zewnątrz. Wesoło zbiegli nad brzeg machając rękami i wołając „Aleksandra, wracaj do nas szybko!” I jak tu było nie posłuchać?

Comments are closed.